Źródłem rozwijającej się właśnie ciężkiej choroby rynków finansowych, są banki (instytucje finansowe), a raczej ich zarządy – konkretne osoby. W roku 2007 najczęściej pojawiającym się określeniem zjawiska subprime było "reckless lending practices" (ryzykancka polityka kredytowa). Zarządzanie ryzykiem w wydaniu tych instytucji finansowych – nosicieli wirusa choroby – można przyrównać do samochodu, w którym nowoczesna elektronika kontroluje temperaturę powietrza w samochodzie z dokładnością do jednej dziesiątej stopnia, natomiast kierowca nic nie widzi przez zabrudzoną przednią szybę. Mimo posiadania doskonałej elektroniki trudno w ten sposób gdziekolwiek bezpiecznie zajechać – co właśnie nam amerykańskie banki zademonstrowały.
Podczas październikowej konferencji ICSA (Institute of Chartered Secretaries and Administrators), Charlie McCreevy, Europejski Komisarz ds. Rynku Wewnętrznego i Usług powiedział: "Jest jasne, że za aktualne zamieszanie finansowe przynajmniej częściowo należy winić kiepskie, a niekiedy katastrofalne zarządzanie ryzykiem prowadzone przez instytucje finansowe. (…) Obowiązkiem managementu instytucji finansowych jest zarządzanie ich ryzykiem a obowiązkiem zarządów jest nadzorowanie tego. W zakresie swoich ról, zarówno senior management jak i zarządy mają obowiązek zapewnić holistyczne podejście do zarządzania ryzykiem w całej firmie."
Australijskie czasopismo elektroniczne Risk Management Magazine przywołuje z kolei raport amerykańskiej organizacji ACCA (Association of Chartered Certified Accountants), w którym stwierdza się, że "Podstawowym źródłem globalnego kryzysu kredytowego jest porażka coroporate governance w bankach, którego charakter zachęcał do zbyt krótkoterminowego myślenia i "ślepoty na ryzyko". Michaela Campbell, szef ACCA w Australii i Nowej Zelandii stwierdziła jednocześnie, że niewłaściwie były spełniane fundamentalne obowiązki zarządów. Te zawiodły w swojej roli wytyczania strategii i kierunku oraz zapewnienia silnej kontroli managerów wykonawczych. Pytała, co powstrzymywało zarządy banków od zadawania właściwych pytań i zrozumienia ryzyk, na jakie narażało banki ich kierownictwo ?
Myślę, że należałoby odpowiedzieć: wysokie wynagrodzenia zarządów, które zawiodły. Nie podobają się one również w brytyjskim FSA (Ministerstwie Finansów).
O co chodzi z tą klimatyzacją i brudną przednią szybą ? Otóż zarządzanie ryzykiem w bankach i instytucjach finansowych zbytnio polegało na rutrynowej kontroli parametrów matematycznych i na arkuszach kalkulacyjnych. Zarządzano ryzykami, które poddawały się takiej matematycznej analizie, a co do pozostałych – udawano, że nie istnieją. Mowi się niekiedy o nagannym zjawisku "silo thinking" (zamknięte myślenie). Procesy kontroli mają to do siebie, że prowadzą jedynie do pomierzenia pewnych parametrów ryzyka i porównania ich ze wzorcem (apetytem na ryzyko), natomiast dokonanie oceny, czy wzorzec jest poprawny i nadal aktualny już możliwości tych procesów przerasta. Ocena otoczenia biznesowego wobec bieżącego standingu firmy oraz wyznaczanie lub weryfikacja apetytu na ryzyko to zadania strategiczne, należące do zarządów – które nie potrafiły lub nie chciały temu zadaniu podołać. Koncentracja na ryzykach, które najłatwiej dają się opisać wzorami matematycznymi to jeden z grzechów tradycyjnego, przestarzałego modelu zarządzania ryzykiem – brak tzw spojrzenia holistycznego i spojrzenia zarządzających w przód. Brak odpowiedzialności.
W jednym ze wcześniejszych wpisów na moim blogu już ten temat poruszałem – dlaczego kiepscy w zarządzaniu ryzykiem są kiepscy ?
Jedną z kolejnych słabości firm, które nie poradziły sobie z zarządzaniem ryzykiem jest pozostawanie ich zarządów poza regułami risk managementu. Zarządy same nie przestrzegają dobrych praktyk ERM i nie czują się odpowiedzialne za efekty funkcjonowania ERM. Wspomniane banki są doskonałym przykładem, dokąd prowadzi firmy postawa zarządu "jesteśmy ponad to, zarządzaniem ryzykiem nas nie dotyczy". Ewidentny wdaje się również brak elastyczności rozwiązań zarządzania ryzykiem – nie wytrzymały próby czasu, zdezaktualizowały się i już nie pozwalały bankom na właściwe zareagowanie na zmieniające się od kilkudziesięciu miesięcy otoczenie, w jakim działały.
Wymienione we wspomnianym wpisie błędy, wytknięte przez firmę Paisley, obejmują również brak zasady wynagradzania menedżerów (średniego i wyższego szczebla) w oparciu o efekty zarządzania ryzykiem. Zważywszy, że ten szczebel zarządczy jest w centrum bieżących procesów i decyzji a tym samym jest najbardziej predysponowany do szybkiej identyfikacji i oceny ryzyka, można mówić raczej o systemach demotywacyjnych niż motywacyjnych w tych bankach.
Na swoim blogu, Richard Anderson wyraża zdanie, że kryzys rynku kredytowego pokazuje, iż ERM w dotychczasowym kształcie nie zdało egzaminu, że wymaga gruntownego przemyślenia i przekonstruowania. Nie zgadzam się. Zarządzanie ryzykiem jako dziedzina, rzemiosło menedżerskie czy sztuka dobrego zarządzania nie zawiodło – bo w przypadku zainfekowanych instytucji ERM-u wogóle tam nie było.
Pewnego rodzaju ripostą jest wypowiedż Larry Ribsteina, profesora University of Illinois, który na swoim blogu wyraża opinię że podejście Compliance tak charakterystyczne dla SOX (Sorbannes-Oxley Act) w rzeczy samej zgubiło banki, stosujące skomplikowane instrumenty po to, aby obejść regulacje SOX i nadal pozostać z nimi w zgodzie.
Aby uniknąć powtórki wystarczy, aby banki przestały "zarządzać ryzykiem" w oparciu jedynie o Compliance, tak jak to robiły do tej pory, i zaczęły uprawiać dojrzałe, nowoczesne zarządzanie ryzykiem, to jest takie, które:
– będzie splecione ze strategią – jej tworzeniem oraz dostosowaniem do zmieniającego się otoczenia,
– będzie w równej mierze obejmować wszystkie szczeble zarządcze, w tym zarządy,
– będzie zdolne do właściwego reagowania na zmienne otoczenie i nowe (pojawiające się) ryzyka.
30.01.09
Do bardzo podobnych wniosków dochodzi RIMS (amerykańskie stowarzyszenie risk managerów) w swoim solidnie przygotowanym raporcie na temat związku kredytu finansowego ze słabością lub nieobecnością zasad zarządzania ryzykiem w instytucjach finansowych. Raport zatytułowany "The 2008 Financial Crisis. A Wake-up Call for Enterprise Risk Management" dostępny jest tutaj. Tenże raport, już w pierwszych słowach uświadamia, jak porażająca jest skala strat finansowych, które zdecydował się finansować rząd amerykański – to więcej, niż łączne koszty zakupu stanu Luizjana, Planu Marshalla, Wojny Koreańskiej, Wojny w Wietnamie, Wojny w Iraku i całego dotychczasowego budżetu NASA, włącznie z wyprawą na księżyc. Na dzień 16 grudnia 2008 mowa o kwocie 8 bilionów dolarów (US ang – trillion), to bardzo duża liczba, łatwo o pomyłkę – chodzi o cyferkę 8 a za nią dwanaście zer.