Kryzys finansowy zepchnął dyskusję nt Solvency II na drugi plan. Być może dobrze się stało, gdyż w ten sposób środowiska ubezpieczeniowe mają teraz czas na wyciągnięcie wniosków ze słabości w implementacji idei Bazylei II w systemach bankowych.
Niedawno natrafiłem na bardzo ciekawą prezentację Pana Cezarego Świerszcza z firmy Ernst & Young, datowaną na koniec grudnia 2008, skierowaną do firm ubezpieczeniowych i dotyczącą zarządzania ryzykiem korporacyjnym w firmach ubezpieczeniowych. Ciekawą dlatego, bo widać w niej, że przynajmniej E&Y wyciąga wnioski z niefrasobliwości bankowców i próbuje zwracać uwagę na słabe strony ERM w instytucjach finansowych: mała rola CRO, niejasny (nieustalony) apetyt na ryzyko, zbyt słaby reżim oceny ryzyka na poziomie operacyjnym (underwritingu), nieagregowanie ryzyk, zbytnie ufanie ocenom ratingowym, niedoinformowanie zarządów nt. podejmowanych ryzyk i brak ich udziału w decydowaniu o podejmowanych ryzykach.
A oto, jak wg badań E&Y wygląda stan zaawansowania systemów ERM w firmach ubezpieczeniowych:

Moim zdaniem respondenci E&Y byli zbytnimi optymistami, lub też pytania zostały zadane jedynie śmietance ubezpieczeniowej, gdyż z pewnością odpowiedzi (np. 93% towarzystw ubezpieczeniowych uprawia ERM) nie odzwierciedlają rzeczywistości.
Przedstawiona przez E&Y kategoryzacja ryzyk jest tyleż rozbudowana i zaawansowana, co nieużyteczna, gdyż kategorie ryzyk są zbyt ogólne (generyczne) aby mogły cokolwiek wnosić – mogą jedynie stanowić wstępną "ściągę" przy identyfikacji ryzyk. Zresztą poza jednym wyjątkiem (model autorski Paula Hopkina, o którym wspominam tutaj), żadna z kategoryzacji ryzyk z którymi się spotkałem nie wnosi nic znaczącego do samego procesu identyfikacji, szacowania i minimalizacji ryzyk. Z tych samych przyczyn szybko przewertowałem kolejne skomplikowane rysunki pokazujące złożone struktury ERM (wszystkie duże firmy konsultingowe lubują się w skomplikowanych strukturach) i zatrzymałem się na rozdziale poświęconym kwantyfikacji ryzyk.
Interesuje mnie to szczególnie, bo Bazylea II pokazała, że tutaj tkwi główna słabość wszystkich norm i dobrych praktyk każących zarządzać ryzykiem posługując się wyłącznie lub głównie w oparciu o modele matematyczne (finansowe), a tworzenie takich modeli jest najbardziej niepokojącą mnie cechą wspólną jeszcze nie narodzonego Solwency II i skompromitowanej już Bazylei II. Mniej niepokoją mnie same modele a bardziej ich zamknięty i statyczny charakter oraz ich monopol na "przepowiadanie ryzyka". Kryzys dobitnie pokazał, że sprawdzają się one jedynie w obsłudze ryzyk powtarzalnych i dobrze poznanych (tych z prawej połówki mapy ryzyka), natomiast kompletnie nie przystają do rzeczywistości jeśli chodzi o ryzyka z lewej połówki mapy ryzyka – tzw "Czarne Łabędzie".
W części prezentacji E&Y poświęconej kwantyfikacji spotkał mnie spory zawód – mowa jedynie o ogólnikach i analizie historycznej szkodowości. A gdzie miejsce na wspomniane "Czarne Łabędzie" i tzw. "unknown unknowns" ? I tak dobrze, że E&Y lojalnie uprzedza o tej słabości proponowanego podejścia, która rzutuje na wiarygodność całościowej oceny ekspozycji firmy ubezpieczeniowej na ryzyka. Dalej opisywana metoda scenariuszowa chociaż częściowo będzie mogła poradzić sobie z "Czarnymi Łabędziami", pod warunkiem, że ubezpieczyciel bedzie miał dostateczny dostęp do wiedzy eksperckiej. A oto, jakie kluczowe ryzyka dla ubezpieczycieli na dzisiaj cytuje za brytyjskim FSA prezentacja E&Y:

Bardzo spodobało mi się rozróżnienie pojęć "pojemności na ryzyko" i "apetytu na ryzyko", które nie są łatwe do przyswojenia i ciągle u nas mylone:

Osobiście zamieniłbym jedynie
– "wolę akceptacji ryzyka" na "chęć podejmowania (dobrego) ryzyka" oraz
– dodał jako osobną pozycję "tolerancję na ryzyko" właśnie tłumaczoną jako "wolę akceptacji (złego) ryzyka".
To pierwsze mogłoby być w obszarze produktów/sprzedaży określone np. zasadą: zaczynamy ubezpieczać sklepy jubilerskie i przewozy gotówki pod warunkiem spełnienia standardów bezpieczeństwa, drugie na przykład: interesuje nas ryzyko majątkowe w branży energetycznej pod warunkiem, że PML przekracza 10 mln PLN.
Również bardzo cenne jest podkreślenie, że warstwa operacyjna managementu powinna się koncentrować na minimalizowaniu ryzyka (E&Y określa to "zarządzaniem ryzykiem") a warstwa strategiczna managementu na jego podejmowaniu (znów E&Y nie nazywa tego po imieniu, lecz określa jako "maksymalizowanie wartości").
Podsumowując: bardzo ciekawa, nowoczesna i holistyczna wizja ERM w firmach ubezpieczeniowych. Jedyny niedosyt jest spowodowany brakiem szczegółów i konkretnych rozwiązań, przykładów. Brakuje mi tu również propozycji lub chociażby otwarcia dyskusji na temat relacji pomiędzy wymogami dojrzałego systemu ERM, jaki np. rysuje się w nowym ISO 31000, a wymogami kapitałowymi Solvency II. Czy to ostatnie ma stanowić podstawę do rozwinięcia w kompletny system ERM w organizacjach ubezpieczeniowych ? Czy też ma spełniać funkcję podobną jaką spełnia Bazylea II – jedynie narzędziowo-kontrolną, bez ambicji wpływania na kulturę zarządczą i sposób podejmowania decyzji strategicznych ?
Wydaje się, że duże firmy konsultingowe mające unikalną okazję przyjrzenia się wielu różnym towarzystwom ubezpieczeniowym, w różnych aspektach podejmowania przez nie ryzyka i na różnych rynkach, są najbardziej predysponowane do uświadomienia nam olbrzymiej szansy, jaką może być Solvency II, którą możemy łatwo zaprzepaścić. Porażka systemu finansowo-inwestycyjnego powinna być dla towarzystw ubezpieczeniowych wystarczającym bodźcem do wykorzystania tej szansy. A dla konsultantów – jak E&Y – sprawdzianem, czy należycie odrobili lekcje.