Mam apetyt na ryzyko

Apetyt i tolerancja na ryzyko – to magiczne słowa, jakie coraz częściej pojawiają się w prezentacjach, metodologiach i opracowaniach dotyczących ERM. Aby firma była w stanie zająć świadome stanowisko wobec swoich ryzyk i zdecydować jaką przyjąć filozofię postępowania wobec całego portfela ryzyk, powinna najpierw określić jaki jest jej apetyt na ryzyko, oraz (lub ?) tolerancja na ryzyko. Na ostatnim Walnym Zebraniu Polrisk ktoś powiedział, że „z apetytem i tolerancją na ryzyko jest jak z Yeti” (tj. niby ktoś go widział, ale nikt nie ma pewności jak wygląda i gdzie go znaleźć). Czy apetyt i tolerancja na ryzyko są tożsame, czy też określają inne wielkości ? Czy należy je określać indywidualnie dla każdego ryzyka, dla grupy (kategorii) ryzyk czy też dla całego portfela ryzyk w firmie ? Nie ma w tym względzie jednomyślności zarówno między firmami (praktykami) jak i teoretykami ERM, firmy robią to intuicyjnie. Również przedstawiciel Deloitte na tym samym spotkaniu nie był w stanie jednoznacznie, w sposób ostry przedstawić sposobu wykorzystania obu pojęć w praktyce.

Już kilka late temu w gronie Polrisk zaproponowaliśmy następującą definicję:
„Zdolność organizacji do zakceptowania określonego poziomu ryzyka, który będzie nieustannie kontrolowany np. za pomocą środków kontroli ryzyka. Poziom tolerowanego ryzyka można wyliczyć jedną z metod koszykowych, bazujących na podstawowych parametrach finansowych firmy: obroty, zysk, majątek trwały. Ryzyko akceptowalne jest zwykle znacznie mniejsze niż ryzyko tolerowane, są to dwie różne wartości i pojęcia.”

Apetyt na ryzyko to ciągle bardziej koncepcja, teza, niż przydatne i praktyczne narzędzie. Nadal, ma ona wielu przeciwników, jak np. Richard Anderson: „… in my mind most of what is written about risk appetite is self-serving nonsense. As we stand at the moment, risk appetite is almost impossible to measure and can never sensibly be expressed … The suggestion that risk appetite is an elusive concept is anathema to many risk practitioners and risk consultants. However, there is no adequate approach to risk appetite that fits comfortably within a risk management framework.”

Panowie J. David Dean i Andrew F. Giffin w artykule „What’s Your Risk Appetite ?” opublikowanym w Emphasis 2009/1*, różnicują te dwa pojęcia w ten sposób, że zarówno apetyt jak i tolerancja to maksymalna całkowita (zagregowana) ekspozycja na ryzyko, jaką firma chce (bądź może) na siebie przyjąć podczas sięgania po swoje cele biznesowe, przy czym:

  • apetyt to wartość o charakterze jakościowym, opisowym , wyznaczona przez zarząd w dyskusji z managerami i po konsultacjach z udziałowcami
  • tolerancja to wartość o charakterze ilościowym, jaka może być monitorowania w różnych zakątkach firmy.

Innymi słowy, oba terminy oddają zarówno konieczność ograniczania ryzyka jak i jego podejmowania. Kaskadowanie poziomów tolerancji na ryzyko, o jakim piszę niżej, nazywają wyznaczaniem limitów ryzyka dla poszczególnych departamentów. Dalsze wywody, wiążące te parametry z kapitałem ekonomicznym, mówiące o konieczności „przetestowania” tych limitów oraz dotyczące VAR i procentowo określonych poziomów pewności osiągnięcia celów tzw performance, wskazuje na bankowe doświadczenia autorów. Jednak uniwersalne są co najmniej dwa znajdujące się w tekście stwierdzenia:

  • apetyt (tolerancja) na ryzyko jest pomostem łączącym strategię z zarządzaniem ryzykiem,
  • nie wystarczy ich ustalenie na poziomie organizacji jako jednej zagregowanej wartości, konieczne jest ich odzwierciedlenie na niższych poziomach zarządczych.

Poniżej przedstawiam mój nieco odmienny pogląd, propozycję jak te terminy należy rozumieć, uporządkować i w praktyce wykorzystać w firmie.

Wszelkie ryzyka można dzielić na różne sposoby, jednak w omawianym kontekście jest istotny jedynie podział na ryzyka:

  • czyste (hazardowe, „negatywne”) – np. pożar, śmierć pracownika przy linii produkcyjnej, zmniejszenie kontyngentu na nasz produkt w kraju naszego głównego odbiorcy …
  • spekulacyjne („pozytywne”) – np. rozpoczęcie sprzedaży nowego prodktu, zainwestowanie w nową technologię produkcji, inwestowanie w opcje …

Pierwszych w firmie nie chcemy widzieć wogóle, a jeśli już musimy je tolerować to najchętniej na najniższym możliwym poziomie jaki można osiągnąć bez wydawania na to majątku. Jeśli ryzyka czyste staną się zbyt wielkie (a pamiętajmy, że za ich ponoszenie firma nie otrzyma żadnych benefitów), to zarząd czuje się niekomfortowo i wychodzi z gry lub reaguje inaczej – gdyż został przekroczony jego próg tolerancji na ryzyko.

Drugie ryzyka to te, które chcemy świadomie podejmować, w zamian za obietnicę adekwatnych zysków. Niektóre firmy są bardziej skłonne niż inne do inwestowania w ryzykowne technologie, gdy jest sporo do wygrania. Zarządy, które mają spory apetyt na zyski czerpane z nowych technologii mają nieuchronnie spory apetyt na ryzyko, jakie się z nimi wiąże – to ryzyko ich nie zraża, nie stanowi dla nich nadmiernego dyskomfortu.

Tutaj można się na moment zatrzymać i podsumować: moim zdaniem tolerancja na ryzyko i apetyt na ryzyko opisują inne zjawiska, parametry stanu umysłowego zarządu i powinny być traktowane i wyznaczane odrębnie.

Jak w praktyce wyznaczać i wykorzystać te wielkości ?

Przyjmijmy, że jest sobie zakład produkcji chemicznej, którego CFO ocenił, że sytuacja finansowa firmy pozwoliłaby jej teoretcznie sfinansować samodzielnie jednorazową stratę w wysokości 60 mln PLN. Każda większa stratę mogłaby pociagnąć firmę w kierunku bankructwa. Zarząd następująco zdecydował co do swojego do apetytu (na „dobre”) i tolerancji (na „złe”) ryzyko:

  • apetyt = 2/3 ww. kwoty progowej (tj. zarząd jest w stanie położyć na szali 40 mln, jeśli przedsięwzięcie łączy się z wystarczająco dużym zyskiem)
  • tolerancja = 1/3 ww. kwoty progowej (tj. żadne zagrożenie inherentne dla biznesu, ale nie niosące za sobą żadnych konkretnych zysków, nie może zabrać firmie więcej niż 20 mln).

Firma przymierza się do zbudowania nowej fabryki, gdzie z wykorzystaniem nowatorskiej technologii zamierza produkować jako pierwsza na świecie nową klasę produktu. Wśród wielu ryzyk jakie zidentyfikowano, pojawiają się dwa główne:

  • ryzyko spekulacyjne: (1) jeśli nowa technologia będzie funkcjonować tak, jak się tego firma spodziewa, można liczyć na dodatkowe 150 mln przychodów rocznie, (2) jeśli technologia zawiedzie lub się „nie sprzeda”, to firma poniesie koszt nietrafionej inwestycji w wysokości 25 mln
  • ryzyko czyste: pożar hali produkcyjnej spowodowany utratą kontroli nad nowym procesem produkcji bedzie firmę kosztował 40 mln zł.

Decyzja zarządu wobec tych ryzyk będzie prawdopodobnie wyglądać następująco: ryzyko spekulacyjne takiej wielkości jest warte podjęcia (zarząd ciągle ma na nie apetyt), natomiast ryzyko czyste jest nie do przyjęcia (zarząd takiego ryzyka nie toleruje). Innymi słowy – nowa technologia i fabryka tak, ale w innej konstrukcji budynku, z innymi zabezpieczeniami czy warunkami technicznymi lub ze skutecznym transferem ryzyka np. na ubezpieczyciela.

To był stosunkowo prosty przykład. W rzeczywistości nie ma decyzji zero-jedynkowych lecz wielość departamentów, projektów, procesów, ryzyk i ich właścicieli. Zatem dobrą praktyką byłoby „kaskadowanie” progów tolerancji i apetytu na ryzyko na niższe poziomy zarządcze (jednestki biznesowe, dyrektorzy departamentów itp.). Apetyt na przykład w proporcji do zysków lub przychodów jakie generują departamenty, a tolerancja np. do wartości majątku jakim zarządzają. Każdy dyrektor powinien wiedzieć, ile ryzyka może sumarycznie pociągnąć za sobą jego polityka sprzedażowa (apetyt na ryzyko), oraz jaki poziom ryzyka czystego może w sumie zaakceptować (tolerować) swoim departamencie. Takie kaskadowanie jest lustrzanym odbiciem kaskadowania celów biznesowych od poziomu zarządu do poziomów dyrektorów i kierowników, oraz kaskadowania właścicielstwa ryzyka, w dół tych samych szczebli zarządczych. Stanowi to czytelny sygnał dla właścicieli ryzyk (menedżerów) na poszczególnych szczeblach, czego zarząd od nich oczekuje: na ile agresywnie mają sięgać po „dobre” ryzyka i jak duża lub mała ma być ich awersja do „złych” ryzyk.

* Patrz również: „Risk Appetite: A Boundary for Decisions”, Emphasis 2008/1.

ISO 31000 w praktyce

Parę mięsięcy temu przedstawiłem swoją własną opinię na gorąco, dotyczącą nowego standardu zarządzania ryzykiem. Podczas ostatniego Forum FERMA w Pradze miałem możliwość znów spotkać Kevina Knighta (ojca chrzestnego ISO 31000) i porozmawiać z nim, a także posłuchać opinii innych guru ERM na temat nowego standardu.

Ci ostatni już w zasadzie przesądzili, że skomplikowany i nieprzyjazny amerykański COSO II oraz nadmiernie uproszczony standard brytyjski promowany przez FERMA chowają się, jeśli chodzi o jakość i nowoczesność koncepcji i modelu ERM, jakie przedstawiają. Z kolei Australijczycy dobrowolnie wycofują z użycia swój doskonały AS/NZS:4360 aby go zastąpić międzynarodowym, lepszym dokumentem ISO. Teraz mówi się nie „czy”, ale „jak” zastąpić dotychczasowe modele w firmach tym proponowanym w ISO 31000.

W środowisku widać troskę o to, aby właściwie zrozumiano sens nowego standardu:

  • mimo, że jest normą ISO, jest jedynie przewodnikiem (a nie obowiązkowym zbiorem przepisów czy wymagań)
  • powinien być stosowany dobrowolnie i może być przez firmy modyfikowany
  • nie podlega ceryfikacji !

Druga troska, czy obawa dotyczy możliwości popełnienia błędu jaki towarzyszył wprowadzeniu SOX (Sorbannes-Oxley Act) czy COSO II: mnóstwo pracy, kosztów i papierkowej roboty, a bardzo ograniczone korzyści.

We wrześniowym StrategicRisk praktycy radzą:

  • wykorzystaj możliwości, jakie daje ISO31000 do zaprowadzenia prostego systemu ERM; nie ma obowiązku budowania własnego modelu ERM będącego pełnym odzwierciedleniem wszystkich elementów zawartych w ISO, jak najbardziej dopuszcza (wręcz sugeruje) się jego dalsze uproszczenie
  • nie traktuj ERM jako systemu zarządzania równoległego do istniejących systemów zarządczych; musi on bowiem zostać wpleciony w istniejące systemy, procedury, procesy i ścieżki raportowania
  • wprowadzając model proponowany w tym standardzie, nie przekreślaj istniejących praktyk, mechanizmów, narzędzi, lecz staraj się je wykorzystać, uporządkować i zintegrować ze sobą
  • postaraj się wykorzystać wprowadzany model ERM do podniesienia zdolności firmy do uzyskania wyższego ratingu (chodzi o sygnalizowaną już praktykę Standard & Poors polegającą na ujmowaniu oceny skuteczności ERM w ogólnym ratingu nadawanym firmie)
  • duży nacisk na komunikację z interesariuszami na każdym etapie projektowania i funkcjonowania modelu ERM może dla niektórych firm być tzw. „overkill„; należy do tej zasady stosować się z wyczuciem charakteru danej firmy
  • uważaj na sprzedawców wielkich, skomplikowanych systemów IT („kombajnów”) wciskających Ci kit, że są niezbędne do zaimplementowania ISO31000; nic bardziej mylnego: na początek starczy arkusz kalkulacyjny a na dalszym etapie prosty i niedrogi system zarządzania informacją z dostępem przez Firefoxa (np taki jak ten, o którym pisałem).

Jesteśmy w okresie, w którym sporo polskich firm zaczyna na poważnie przymierzać się do ERM i podejmują one pierwsze wybory, m.in. na jakiej dobrej praktyce oprzeć własny system ERM. ISO najlepiej nadaje się dla początkujących, gdyż nie tylko pokazuje jak powinien wyglądać ukończony, funkcjonujący system ERM, ale pokazuje jaką drogą osiągnąć taki stan i jakie warunki należy spełnić, aby projekt wdrożenia ERM się powiódł.

Zgłoś się po nagrodę StrategicRisk Awards 2010 – ostatni dzwonek !

Mój zeszłoroczny apel niestety pozostał bez echa – żaden menedżer ryzyka z Polski nie startował. A szkoda, bo ewentualne zwycięstwo lub pojawienie się na „short liście” to nie tylko bardzo silna promocja pozycji risk managera w jego firmie, ale popularyzacja ERM w Polsce.

W dzisiejszych pokryzysowych czasach, kiedy firmy tną koszty – w tym budżety przeznaczone na rozwój zarządzania ryzykiem – otrzymanie nagrody lub chociażby wyróżnienia za swoją pracę i jej efekt mogą być przełomowe i zmienić sposób myślenia zarządu o zarządzaniu ryzykiem i osobach tym się w firmie zajmujących. Może zwyczajnie zdecydować o tym, że Ty – menedżerze ryzyka – nadal będziesz miał swoją pracę lub otrzymasz poszerzony zakres obowiązków, kompetencji oraz benefitów.

Muszę jeszcze raz przytoczyć to, co napisałem rok wcześniej: Konkurs StrategicRisk nie jest przeznaczony wyłącznie dla starych wyjadaczy, firm, które zjadły zęby na zarządaniu ryzykiem i tylko dla „Starej Europy”. Jest on podzielony na wiele kategorii (np. risk manager roku, program zarządzania ryzykiem roku, oprogram ubezpieczeniowy roku, team zarządzania ryzykiem roku, program prewencji roku, początkujący risk manager roku, program komunikowania ryzyka roku …) po to aby praktycznie każde przedsiębiorstwo, będące na dowolnym etapie swojej przygody z ERM mogło z powodzeniem startować. Mile widziane są przedsiębiorstwa z „Młodej Europy” – komisja sędziowska już trochę znudziła się firmami z Anglii, Francji, Belgii czy Niemiec. Praktycznie każda firma startująca ze Środkowej i Wschodniej Europy może liczyć na przychylne oko i szczególne zainteresowanie – dostaje premiowe punkty „za pochodzenie”.

Złożenie aplikacji nic nie kosztuje a jej przygotowanie nie jest pracochłonne. Jestem przekonany, że są w Polsce firmy i osoby, które z powodzeniem mogą startować i liczyć na laury. Podtrzymuję moją propozycję sprzed roku: podzielę się moimi doświadczeniami zarówno laureata jak i sędziego StrategicRisk Awards. Pomogę, wręcz poprowadzę za rękę, przy pisaniu aplikacji.

Jeśli zaczynasz się oglądać na innych i zastanawiać się czy mówię do Ciebie: tak, mówię do Ciebie – Piotrze, Krzysztofie, Panie Piotrze, Tomku, Moniko, Pani Doroto, Marto, Aniu – menedżerze ryzyka z P4 (Play), Polpharma, PKN Orlen, Telekomunikacja, Raben, Kampania Piwowarska (Lech), Lotos, Orbis …

Wchodzisz w to ? Kliknij ten link: http://www.strategicrisk.co.uk/digital/srawards2010/Enter.asp

Zarządzanie ryzykiem pomaga optymalizować koszty

Kilkadziesiąt wpisów wcześniej pisałem o korzyściach z wprowadzenia ERM. W badaniach poświęconych ERM często przewija się wątek kosztów zarządzania ryzykiem – zarówno w kontekście kosztu ryzyka jak i ogólnie jako element bilansu zysków i strat z wprowadzenia ERM w firmie.

Jedynie sporadycznie wspomina się jednak o zasadzie proporcjonalności nakładów i kosztów ponoszonych na kontrolowanie określonego ryzyka do wielkości samego ryzyka. Zasada jest prosta: posługując się mapą ryzyka, lub inną metodą, firma wyłoniła pulę ryzyk krytycznych. W kolejnym kroku podejmuje decyzję, jaką strategię postępowania z ryzykiem należy przyjąć, a następnie przekłada strategie na określone projekty, inwestycje, czynności, zmiany czy procedury. Decydując się na wybór tych działań czy procedur, firma kieruje się zasadą, iż nakłady na zmniejszenie ryzyka powinny być w rozsądnej proporcji do samego ryzyka (tj wielokrotnie mniejsze), a ze wszystkich możliwych planów działania należy wybrać te, które rokują najlepsze przelożenie kosztów do korzyści.

Wydawałoby się, że to truizm i banał.

Spróbujmy jednak zastosować to rozumowanie trochę bardziej odważnie: już w momencie dokonywania wstępnej identyfikacji i tzw ewaluacji ryzyk, zastajemy pewien zestaw stosowanych w firmie środków kontroli ryzyka. Nawet jeśli stosujemy się do wskazówek AS/NZS 4360 (lub nowego ISO 31000) i oceniając wielkość ryzyk bierzemy pod uwagę istniejące środki kontroli (ich jakość i skuteczność), to jedynie prześlizgujemy się po nich zaledwie rejestrując ich obecność.

Należałoby jednak zajrzeć głębiej w istniejące środki kontroli, nie zadawalając się tym, że poprostu istnieją od lat i nikt ich nie kwestionuje. Należałoby je potraktować na równi ze wszystkimi nowymi i projektowanymi środkami zaradczymi, krytycznie oceniajac przełożenie kosztów jakie na nie ponosimy, na ich skuteczność i stopień w jakim zmniejszają ryzyko.

Być może wynikiem przeglądu istniejących środków kontroli będzie likwidacja niektórych z nich, lub drastyczne zmniejszenie wydatków na nie ? Jeśli istniejący środek kontroli dotyczy ryzyka, które w wyniku przeglądu ryzyk okazało się nie być krytyczne, to naturalnie ten środek kontroli powinien zostać zlikwidowany a nakłady finansowe przesunięte na obsługę nowych, bardziej naglących ryzyk.

Przykład: firma utrzymuje kosztowny system gaszenia CO2 w serwerowni. Alternatywą jest zaniechanie tego systemu i założenie, że pożar jest na tyle mało prawdopodobny, iż będzie w efekcie firmę mniej kosztować nawet jeśli całkowicie zniszczy serwerownię. Czy jest sens podtrzymywać dotychczasowy środek kontroli ryzyka – gaszenie gazowe ?

Przy takim ćwiczeniu myślowym dobrze posłuzy nam prosta metoda, porównująca:
– parametry ryzyka (prawdopodobieństwo i skutek) „bez środków kontroli”
– z parametrami ryzyka skontrolowanego (tj jego wielkość po zastosowaniu określonych środków kontroli)
– oraz z kosztami zastosowania środków kontroli.

Sens tego ćwiczenia polega na przeprowadzeniu prostego testu: czy warto wydać 600 tys PLN w ciągu pięciu lat na zainstalowanie i utrzymanie systemu gaszenia CO2 w serwerowni wartej 6 mln PLN ? Odpowiedź brzmi: po jego zainstalowaniu, ewentualne rozprzestrzenienie się pożaru na całą serwerownię jest 4-krotnie mniej prawdopodobne a koszt odbudowy serwerowni po pożarze niższy o ponad 5 mln PLN, zatem – tak, zdecydowanie warto. Nakłady na budowę tego systemu gaszenia stanowią zaledwie 12% tego co możemy zyskać, więc to dobra inwestycja.

Tryskacze występujące tutaj dla porównania pełnią rolę statysty, gdyż ich instalacja w serwerowni nie jest najlepszym pomysłem (chyba, żeby były to tryskacze proszkowe, jeśli takie będą kiedyś skonstruowane …)

Uwaga: liczby występujące w przykładzie są przypadkowe, nie powinny być wykorzystywane przy prawdziwych analizach czy też podejmowaniu decyzji o wyborze systemu gaszenia.

Plany Petera Den Dekkera na 2010-211

Peter – nowy Prezes FERMA – nie jest nadzwyczajnym mówcą, ale ma sporo energii, której brakowało Marie-Gemma. Na ostatnim FORUM w Pradze zarysował swój program na najbliższe dwa lata. Program stoi na trzech filarach.

Pierwszy problem risk managerów, jaki musi być rozwiązany w tempie przyspieszonym – bo środowisko risk managerów a szczególnie brokerów grzebie się z tym już od kilku lat – to kwestia wynagrodzenia brokerów. Peter jest zgorszony faktem, ze jeszcze 6 lat po aferze Spitzera musimy o tym mówić. Nie chce, żeby ten problem istniał dłużej niż do następnego Forum Ferma w Sztokholmie – innymi słowy w roku 2011 tematu ma już nie być. FERMA rozpoczęła już rozmowy w tej sprawie z BIPAR (europejska instytucja reprezentująca interesy brokerów).

Drugi filar polityki Petera to ISO 31000. Nikt w FERMA nie ma wątpliwości, że ISO zastąpi wszystkie dotychczasowe dobre praktyki, szczególnie krytykowane COSO II, rzecz w tym, jak zmaksymalizować korzyści dla firm i środowiska risk managerów płynące z tej zmiany.

Trzecia zasadnicza to Solvency II. Wydawałoby się, że problem dotyczy jedynie ubezpieczycieli, ale słychać już głosy, że wprowadzenie wymogów kapitałowych dla rynku ubezpieczeniowego będzie odczuwalne również dla kupujących ubezpieczenia – niekoniecznie wyłącznie pozytywnie. Solwency może istotnie wpłynąć na cenę, poziom bezpieczeństwa i osiągalność produktów ubezpieczeniowych.

And last but not least – szykują się już nowi członkowie FERMA: Norwegia, Austria i Słowenia.

Przy okazji: kiedy byłem jeszcze w zarządzie FERMA jasno stawiałem problem zdefiniowania kryteriów członka FERMA, również geograficznych. W tym bowiem czasie o członkostwo ubiegała się Turcja, która ma w Europie jedynie kilka procent swojej powierzchni, a tym samym jednoznacznie nie jest krajem europejskim. Argumentowałem wtedy, że jeśli bez zastanowienia przyjmiemy Turcję nie ustalając kryteriów członkostwa zanim ta zostanie przyjęta, w przyszłości będziemy musieli zaakceptować również podanie członkowskie z Maroka lub Kazachstanu. I stało się – zarząd FERMA wsadził łeb w piasek, przyjął Turcję nie definiując członkostwa i mamy bigos. Czekamy na nowych członków z Uzbekistanu i Jemenu …

Nadprowizje – brokerska hydra … ?

Jak donosi dziennik wydawany przez Strategic Risk podczas Forum FERMA w Pradze („Ferma Daily”), we wrześniu stan Nowy York ogłosił, że zamierza uregulować kwestię nadprowizji brokerskich (contingency commissions) w ten sposób, że rozluźni dotychczasowy reżim lub nawet zniesie zakaz ich stosowania.

Arthur Gallagher (czwarty co do wielkości broker w Stanach Zjednoczonych), już uzgodnił z regulatorem stanu Illinois zniesienie zakazu pobieranie nadprowizji od 1 października. Firma szacuje, że zniesienie zakazu przysporzy jej dodatkowo ok 10 mln USD przychodów. Marsh Aon i Willis nie pozostają w tyle i już od miesiąca intensywnie lobbują za zniesieniem zakazu. Samemu Marshowi przyniosłoby to dodatkowe 254 mln USD przychodów.

Co na to ci, których pieniędzmi dysponują brokerzy i ubezpieczyciele ?

RIMS jasno oświadczył, że nadprowizje dotychczas były manipulowane tak, że okazywały się być na niekorzyść kupujących ubezpieczenia (insurance buyers). FERMA oświadczyła, że jest rozczarowana rowojem wypadków oraz, że zagrażają one całemu rynkowi ubezpieczeniowemu, również poza Stanami Zjednoczonymi. Jeśli jeden duży broker wróci do tej nagannej i szkodliwej praktyki, wówczas wrócą pozostali.

Do tej pory jedynie Skandynawia, która całkowicie zbanowała nadprowizje i kwotuje „netto”, jest oazą uczciwości i transparentności na rynku.

Zapraszam na otwarty panel dyskusyjny …

… pod tytułem „Metody i techniki identyfikacji ryzyk w biznesie„. Panel odbędzie się w Warszawie, 25.11.2009 w godzinach 14:00 – 17:00. Więcej o panelu na witrynie Polrisk.

Wtajemniczonym wiadomo, że choć się szanujemy, nie zawsze z Jackiem podzielamy poglądy na zarządzanie ryzykiem – zapowiada się więc interesująco.

Wstępne tezy Jacka:
1. Cel identyfikacji to znalezienie maksymalnej liczby ryzyk, czyli dominacja metod ekstensywnych np. burze mózgów nad intensywnymi np. eksperckimi.
2. Identyfikację ułatwia opisanie zdarzenia ryzyka jako związku przyczynowo skutkowego z wyraźnym podziałem na przyczyny i skutki.
3. Dobrą praktyką jest kodyfikacja skutków ryzyka, bowiem sa to elementy stałe/powtarzane, a dzięki czemu można identyfikację skoncentrować na poszukiwaniu przyczyn.
4. Dla sprawnej identyfikacji warto przyczyny ryzyka podzielić na obszary poszukiwań. Dziki temu nie tylko nie pominiemy żadnego z nich ale również każdy zostanie przeszukany.

Oraz moje antytezy:
1. kodyfikowanie ryzyk jako element/sposób identyfikacji nie pomaga, a wręcz może przeszkadzać
2. opisanie związku przyczynowo-skutkowego – tak, ale czy tylko jednego ? Z wielu przypakow z życia widać, że należy poznać całą strukturę/drzewo związków przyczynowo skutkowych i wybrać jedno krytyczne ogniwo
3. ewentualna dominacja metod miękkich nad eksperckimi na etapie identyfikacji ryzyk, nawet jesli występuje, jest bez znaczenia; natomiast szkodliwy może być brak ich zbilansowania z metodami eksperckimi/inżynieryjnymi na etapie szacowania i mierzenia ryzyk
4. czy celem identyfikacji jest znalezienie jak największej ilości ryzyk ? Niekoniecznie – celem jest uświadomienie sobie (odkrycie) ryzyk dotąd nieznanych …

Zapraszam zainteresowanych do osobistego uczestnictwa a skłonnych do dyskusji – na forum Goldenline.

Złote myśli z Forum FERMA – Praga 2009

Kevin Knight: „Nikt nie musi zarządzać ryzykiem. Przetrwanie nie jest obowiązkowe – każdej firmie wolno zbankrutować”

Jeszcze Forum się nie skończyło, a już widać że i tym razem udało się wykrzesać trochę magii, dzięki zebraniu w jednym miejscu i czasie niepowtarzalnego kompletu ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Na gorąco przytaczam trochę myśli nieuczesanych – niewątpliwie niektóre z nich będę rozwijał w najbliższych tygodniach i miesiącach …

John Merkovsky:
– Raport World Economic Forum ze stycznia 2008 zawierał wniosek, że ryzyko zagrażające nam w sposób najbardziej bezpośredni to załamanie się systemu finansowego i recesja w Stanach Zjodnoczonych
– pogoń za „czystymi” źródłami energii, jakie zastąpią ropę naftową i węgiel, wpędzi nas w technologie pochłaniające więcej niż dotąd wody, której juz teraz brakuje 50% populacji.

Daniel Thorniley:
– bankierzy przysporzyli nam – firmom i majątkom ludzi prywatnych – 15 bilionów dolarów strat, a w tym samym czasie wypłacili sobie 50 miliardów dolarów premii za wartość przez nich „dodaną”
– banki hamują wyjście światowej gospodarki z kryzysu nie udzielając tak teraz potrzebnych firmom kredytów
– wyjątek stanowią Chiny, gdzie 80% prezesów banków przemysłowych należy do partii i musi wykazać posłuszeństwo, zgodnie z dyspozycją rządu Chin udzielając firmom kredytów pod groźbą rozstrzelania
– Chiny są w tej chwili jedyną siłą wyciągającą globalną gospodarkę z kryzysu, bez Chin mielibyśmy zapaść

Dan Glaser: sektor ubezpieczeniowy nie był i nie jest tak zlewarowany (leveraged) jak sektor bankowy – firmy ubezpieczeniowe nie pożyczają pieniędzy, żeby wypłacić odszkodowania.

John Keogh: roszczenia i odszkodowania D&O napływające z instytucji finansowych nie są na tyle duże, żeby wpłynęły na ogólną sytuację i poziom cen na rynku ubezpieczeniowym. Sytuacja kapitałowa na rynku ubezpieczeniowa jest teraz lepsza niż dwa lata temu.

Andrey Elokhin: 25% rosyjskich firm będzie ciąć koszty zarządzania ryzykiem, podczas gdy spośród Fortune top 1000 robi to jedynie 1% firm

Maurizio Micale: AIG wydawało dziesiątki i setki milionów dolarów na wdrożenie i utrzymanie SOX (zasad Sorbannes-Oxley Act) i zawiodło. Coś jest nie w porządku.

Mario Vitale: Firmy ubezpieczeniowe przeznaczają 10% swoich kosztów na raporowanie wynikające z wymagań regulatorów.

Alex Dali: COSO II jest używane jako wzorzec dla systemów ERM głównie poza Stanami Zjednoczonymi

Kevin Knight:
– nikt nie musi zarządzać ryzykiem, przetrwanie nie jest obowiązkowe – każdej firmie wolno zbankrutować
– miejmy nadzieję, że ISO 31000 całkowicie wykorzeni COSO II

Cliff Warman: badane firmy mówią nam, że ryzyka które najbardziej zagrażają zrównoważonemu rozwojowi (sustainable development) to problemy energii i łańcucha dostaw (transport)

Anthony Cabot: jak przełożyć osiągnięcia poszczególnych firm w trzech obszarach zrównoważonego rozwoju (ludzie, planeta, dobrobyt) na liczby, aby móc oferować im korzystniejsze warunki ubezpieczeniowe ? Ubezpieczyciele jeszcze tego nie wiedzą.

Paul Bridle:
– Jan Paweł II miał interesujący, unikalny styl przywódczy
– kultura firmy manifestuje się przez zachowania pracowników, te są demonstracją ich przekonań, a przekonania wynikają z percepcji (również z percepcji ryzyka)
– szukasz pracy jako risk manager ? spośród wszystkich sektorów poszukujących i angażujących risk managerów, można z pewnością wyróżnić te, które są przyjazne dla risk managerów (postrzeganych tam jako „enablers„) i te, które są im nieprzyjazne (bo postrzegają ich jako „disablers„).

Ciekawostka: sieć połączeń i korelacji pomiędzy najważniejszymi ryzykami, jakich możemy się spodziewać (tzw. „emerging risks„):

korelacje ryzyk globalnych 2009

Dlaczego firmy transportowe strzelają kopytami ?

Trans Południe kopnęło w kalendarz. Omega Pilzno o mało co nie odeszła w niebyt. Bankrutów jest coraz więcej, a cała rzesza podobnych im firm transportowych walczy o przetrwanie. Wiele osób z branży twierdzi, że to walka przegrana.

Dlaczego tak się dzieje ? W dużym uproszczeniu można odpowiedzieć: bo firmy branży TSL nie wykorzystały podstawowych zasad ERM do obrony przed wrogim otoczeniem ekonomicznym.

Menedżer ryzyka rozpoczyna swoją brudną robotę od rozpoznania problemu, rozebrania go na czynniki pierwsze i poznania mechanizmów rządzących zagrożeniem (ryzykiem). Są cztery podstawowe gwoździe do trumny branży TSL:

  • paliwo: udział paliwa w kosztach transportu wynosi ok. 40%, ceny paliwa od stycznia 2008 roku wzrosły o blisko 25% co sprowadza się do zmniejszenia marży o 10%
  • waluty: od jesieni 2008 do wiosny 2009 kurs EUR w stosunku do PLN wzrósł o 35%; zakładając, że część swoich zleceń firma realizowała ponosząc koszty w euro, oznacza to kolejne zmniejszenie marży o dalsze 7-15%
  • eksport: w kryzysie skurczyły się gospodarki największych odbiorców naszego eksportu, skurczyły się zlecenia transportowe, szczególnie na przewozy dla przemysłu motoryzacyjnego, metalowego, chemicznego i elektronicznego
  • samobójcza konkurencja cenowa, prowadzona przez naszych przewoźników już od kilku lat (w konsekwencji nadpodaży usług transportowych).

Prawdopodobnie w większych firmach, np. takich jak Transp Południe czy Omega Pilzno, funkcjonowały pewne elementy zarządzania ryzykiem (walutowym, kosztów paliwa itp) jednak prawie na pewno odbywało to się silosowo, to jest każdym ryzykiem zarządzano osobno, w odrębnych zespołach ludzi.

  • Paliwo ? Tak, może podrożeć, ale stracimy najwyżej połowę naszej marży, na pewno przetrwamy.
  • Kurs euro ? Tak, to prawda że może podskoczyć, ale tylko część przychodów jest związana kursem euro i utrata w skrajnej sytuacji 10-15% przychodów nie powali naszej firmy, przetrwamy.
  • Spadek eksportu i importu ? Tak, jest możliwy, ale wtedy będziemy wykonywać więcej przewozów kabotażowych i się uratujemy – przecież wszystkie gospodarki Europejskie na raz nie staną …

Każde z tych ryzyk zasługiwało na jedynie umiarkowaną uwagę zarządu, gdyż stanowiąc najwyżej 10% przychodów lub kosztów zwykle nie były grupie tzw. killer risks, czyli ryzyk katastroficznych. Pominięto jedną z istotnych zasad ERM, o których wspominałem już wcześniej na tym blogu. Nie brano pod uwagę scenariusza jednoczesnego wystąpienia dwóch lub kilku ryzyk w tym samym czasie i ich skumulowanego oddziaływania na firmę. Klasyczny Czarny Łabędź.

Co się jednak stało w rzeczywistości ? Ceny paliwa a tym samym koszty rosły już od wiosny 2008. Jesienią tego roku zaczęła spadać złotówka a w ślad za nią zaczęła dalej topnieć marża. Chwilę później siadł eksport i zaczął spadać wolumen transportów przy niezmienionym poziomie kosztów stałych. Jaki to dało efekt ?

Ryzyka skumulowały się, dając w sumie równowartość około 20-30% obrotów firm i z czasem pogłębiając swoje oddziaływanie. Większość metodologii szacowania ryzyka jednoznacznie wskazuje, że ryzyko które może zjeść 20-30% obrotów firmy, czyli więcej niż jej roczny zysk, to killer risk i zarząd powinien stanąć na rzęsach żeby do wystąpienia takiego ryzyka nie dopuścić. Gdyby firmy transportowe wykonały takie – podstawowe z punktu widzenia metodologii ERM – ćwiczenie, dzisiejsza rzeczywistość wyglądałaby dla nich z pewnością lepiej.

Przy okazji: doskonale na tym przykładzie widać, jak środki mitygacji jednego ryzyka mogą okazać się pomocne w obronie przed innymi ryzykami. Jeśli któraś z firm transportowych zidentyfikowałaby ryzyko utraty klienta z powodu bankructwa lub wypadnięcia z rynku i oceniła je jako istotne lub krytyczne, podjęłaby na przykład takie działania:

  • doprowadziłaby do zróżnicowania sektorów, jakie obsługuje (zmniejsza w ten sposób prawdopodobieństwo „padnięcia” kilku kluczowych klientów jednocześnie)
  • doprowadziłaby do zmiany struktury kosztów na bardziej elastyczną (rezygnacja z utrzymania własnej floty – koszty leasingu – na rzecz korzystania z podprzewoźników, outsourcowanie masowej siły roboczej – pracownicy magazynowi – do firm pracy tymczasowej, sprzedanie magazynów wyspecjalizowanym firmom deweloperskim i wynajęcie swoich magazynów od tychże firm); taka nowa struktura umożliwia bardzo szybkie zmniejszenie obciążenia znacznym składnikiem kosztów, bez straty zdolności operacyjnej.

W ten sposoób przeobrażone firmy transportowe, dzisiaj znacznie lepiej poradziłyby sobie z wrogą im sytuacją makroekonomiczną. Proszę jednak zwrócić uwagę, że tak szeroko i gruntownie zakrojona mitygacja strategicznego ryzyka musi zostać rozłożona na lata, stąd zabieranie się za nią kiedy kryzys stoi u bram firmy to musztarda po obiedzie …

Ryzyko reputacji – Baba Jaga XXI wieku

W czerwcowym wydaniu Enterprise Risk pojawił się krótki ale bardzo ciekawy tekst nt zjawiska reputacji, jako najbardziej istotnego składnika wartości rynkowej firmy a jednocześnie jako jednego z jej największych ryzyk. Reputacja jest tam zdefiniowana jako suma wszelkich poczynań firmy: decyzji marketingowych, jakości produktów lub usług oraz sposobu uprawiania  biznesu. Zarządzający widzą w reputacji źródło przewagi konkurencyjnej, a źródłem reputacji jest zaufanie.

Bardzo dużo o ryzyku reputacji mówi się w badaniach, raportach i opracowaniach.

Ale mówi się tam o nim trochę jak o Babie Jadze – wiadomo, że jest, ale nie wiadomo gdzie, jak wygląda i czy rzeczywiście może wyrządzić krzywdę. Co ciekawe, według badań przeprowadzonych przez Economist Intelligence Unit, niezależnie od problemów ze skwantyfikowaniem tego ryzyka, firmy dzielą się na dwie równe co do wielkości grupy:

  • uważające ryzyko reputacji za zjawisko niezależne od innych ryzyk – pogląd reprezentowany przez firmy, które jeszcze nie uporządkowały swojej wiedzy i działań wobec podstawowych ryzyk,
  • uważające, że jest ono jedynie konsekwencją zrealizowania się innych ryzyk (złego zarządzania nimi) – pogląd przeważający w firmach, które zdefiniowały i opanowały większość ryzyk podstawowych oraz które mają system dobrze funkcjonujących narzędzi ERM.

ERM jest podejściem systemowym, pragmatycznym i bliskim biznesowi. Spróbujmy wykorzystać logikę i metody ERM do zgłębienia tego niejasnego ryzyka.

Jakie są cechy firm najbardziej narażonych na ryzyko reputacji ? Już kilka lat temu w RMA Journal pojawił się ciekawy artykuł autorstwa Konrada Alta na temat ryzyka reputacyjnego w firmach finansowych, który odpowiada następująco na to pytanie:

  • firmy duże
  • firmy publiczne (notowane na giełdach)
  • firmy zdywersyfikowane produktowo i geograficznie
  • firmy o dynamicznej sytuacji finansowej (zarówno gwałtowna poprawa jak i szybkie pogorszenie się)
  • niekorzystny profil populacji klientów firmy
  • niska wartość marki.

Jeśli bliżej zastanowić się nad tym ryzykiem to staje się jasne, że mówimy o grupie dość różnorodnych ryzyk – każde z nich rządzi się własnymi mechanizmami i jest częścią innego łańcucha przyczynowo-skutkowego. Przykładowa lista ryzyk, jakie mogą dotyczyć reputacji mogłaby wyglądać tak:

  • niedotrzymanie obietnicy danej przez firmę, dotyczącej jakości jej produktów lub usług (np. bardzo wysoki poziom reklamacji lub tzw. product recall)
  • okazywanie lekceważenia interesariuszom – klientom, pracownikom, dostawcom (spektakularne, nagłośnione medialnie spory sądowe)
  • niski poziom etyki i lojalności managementu (np. defraudacje itp)
  • skutek słabo, nieumiejętnie zarządzanego kryzysu, w którego centrum jest firma.

Każdy z wymienionych – i wielu kolejnych – ryzyk reputacyjnych, można opisać unikalną parą wartości skutku i prawdopodobieństwa; na mapie ryzyka utworzy się zatem zbiór punktów, obrazujących obszar możliwego do wystąpienia „ryzyka reputacyjnego”.

Kolejną ciekawostką, do jakiej doprowadzi analiza tych ryzyk, są związki przyczynowo-skutkowe pomiędzy nimi oraz możliwość kumulowania się skutków niektórych z nich (np. wycofanie produktu jako sytuacja kryzysowa, przerodzenie się jej w źle zarządzany kryzys, dalej lekceważenie klientów i procesy sądowe).

Jeśli management chce na serio „dobrać się” do tego ryzyka, musi zacząć od jego oceny w skali zrozumiałej dla biznesu – w pieniądzu. Ocena prawdopodobieństwa jest znacznie łatwiejsza niż ocena skutku, jeśli znajdzie się czas na przeanalizowanie danych dostępnych na rynku, dotyczących incydentów reputacyjnych. O ryzyku reputacyjnym mówi się często, że jest niewymierne, tj trudno je przełożyć na liczby – choć wszyscy intuicyjnie czują, że może być bardzo kosztowne. Myślę, że rozsądnym podejściem jest zadanie pytania „o ile mniej, lub taniej, sprzedamy w ciągu najbliższego roku (dwóch, trzech lat), jeśli dojdzie do zjawiska X godzącego w reputację naszej firmy”.

Wartość strat poniesionych np. na skutek konieczności wycofania partii produktów z rynku dość łatwo wyznaczyć: wartość produkcji za okres od wyprodukowania pierwszego do ostatniego produktu z wadliwej serii, plus koszty dystrybucji plus koszty „dystrybucji zwrotnej” (tj. właściwego product recall). Jednak nie wyznaczy się w ten sposób skutku utraty reputacji, towarzyszącej wycofaniu produktu. Ten bowiem zaczyna być odczuwalny dopiero po zakończeniu dobrze przeprowadzonego wycofania produktu z rynku. O ile mniej sprzedamy, również innych produktów firmy, w ciągu 1, 2, 3 lub 5 lat od wycofania wadliwego produktu z rynku, tylko ze względu na nadszarpnięte zaufanie klientów ?

A jeśli product recall będzie niefachowo przeprowadzony i powstały w ten sposób kryzys będzie miał fatalny przebieg (relacje z klientami, mediami) ? Tutaj już wkraczamy w obszar odrębnego ryzyka – skutków reputacyjnych źle zarządzanego kryzysu. Podobne skutki może mieć każdy źle zarządzany kryzys (np spowodowany fuzją z konkurentem czy defraudacją dokonaną przez CFO), dlatego powinien być rozpatrywany jako odrębne ryzyko. Na jednym z moich pierwszych szkoleń z zarządzania ryzykiem, jakie przeszedłem w Anglii, przytaczano przykład zdaje się British Airways, kiedy zdarzyła się katastrofa lotnicza z udziałem samolotu tych linii. Przypadek chciał, że bardzo blisko miejsca rozbicia samolotu odbywało się posiedzenie zarządu BA, dzięki czemu osoby zarządzające linią lotniczą pojawiły się „w pełnej gali” na miejscu wypadku jeszcze przed mediami. Ich wzorowa reakcja – a przede wszystkim osobista obecność – zarejestrowana przez media na miejscu katastrofy spowodowały w długim horyzoncie czasowym wzrost obrotów firmy. Można się jedynie domyślać, jakie byłyby skutki reputacyjne, a co za tym idzie ekonomiczne, skrajnie źle zarządzanej katastrofy na podobną skalę.

Poszkodowani klienci i partnerzy biznesowi mogą domagać się zadośćuczynienia, a jeśli firma nie zdecyduje się na szybkie i ciche ugody, dojdzie do eskalacji i nagłośnienia pozwów sądowych. Same w sobie będa one kosztowne, ale znacznie więcej firma straci w kolejnych latach, ponosząc konsekwencje utraty zaufania klientów i  całego rynku.

Ocena skutku i prawdopodobieństwa trzech hipotetycznych ryzyk mogłaby wyglądać tak:


Uwaga: przyjąłem własną systematkę stopniowania prawdopodobieństwa (jeden raz na sto lat = 1/100 = 1%, raz na 5 lat = 1/5 = 20%, itp).

Te trzy ryzyka na mapie ryzyka wyglądałyby tak:

Teraz czas zastanowić się nad nakładaniem (kumulowaniem) się ryzyk reputacyjnych. Co przykładowo stanie się, z punktu widzenia risk managera, jeśli product recall przerodzi się w kryzys, źle zarządzany kryzys ? Jeśli przyjmiemy, że firma nie ma doświadczenia z wycofaniem produktu z rynku i z 75% pewnością operacja ta przerodzi się w kryzys, a połowa kryzysów jest zarządzana źle, to nowe (skumulowane) ryzyko miałoby następujące składniki i parametry:

  • wycofanie produktu z rynku – utrata 35% rocznej sprzedaży, oraz
  • źle zarządzany kryzys na skutek product recall – utrata kolejnych 20% rocznej sprzedaży.

W omawianym scenariuszu, oba zjawiska skumulują się z prawdopodobieństwem 35% (wycofanie produktu) x 75% (przerodzenie się w kryzys) X 50% (szansa, że kryzys będzie źle zarządzany) = ok. 13%.

Nowe (skumulowane) ryzyko plasuje się na mapie ryzyka zdecydowanie najwyżej:

Jak widać, nawet tak rozmyte ryzyko, jakim wydaje się być ryzyko reputacyjne, udaje się uporządkować i ująć w ramy logiki i metody ERM. Przestrzegam jednak przed sztywnym trzymaniem się założeń i liczb w tej żonglerce – ma ona służyć zarządowi jedynie za przybliżenie możliwej skali zjawiska, ilości zer na wekslu, jaki może im przedstawić do wykupienia los.

Przy zjawiskach tak powiązanych ze sobą jak ryzyka reputacyjne, aż prosi się o wykorzystanie metody Bow-Tie. Ale o tym być może w jakimś innym wpisie …

Dla zainteresowanych materią reputacji, więcej na tym blogu.