Cyklu „tępimy szarlatanów ERM” ciąg dalszy …

W ostatnich dniach otrzmałem od kogoś link do organizacji, która – o zgrozo ! – próbuje sprzedawać usługi certyfikowania ISO 31000.

Gwoli przypomnienia – po co i w jakiej trudnej atmosferze powstawało ISO 31000 – już wcześniej o tym pisałem

A teraz do rzeczy:

  • standard de facto nazywa się „Risk management — Principles and guidelines”, nie stanowi więc wiążącej metodologii czy systemu
  • sam standard ISO 31000 w punkcie 1 „Scope” (zakres) wyraźnie mówi, że „This International Standard is not intended for the purpose of certification.”

I właściwie mógłbym na tym wpis zakończyć, ale nie mogę nie podkreślić, że:

  • zarządzanie ryzykiem ma służyć poprawie decyzyjności w firmie, zharmonizowaniu wykonania strategii firmy z jej zdolnością i chęcią do świadomego podejmowania ryzyka – a tym samym rozwojowi proaktywnej kultury zarządczej
  • nie ma natomiast służyć rozwojowi biurokarcji i myślenia „compliance”
  • a już na pewno nie ma służyć nabijaniu kiesy przez firmy certyfikacyjne, które albo nie mają kompletnego pojęcia o czym piszą, albo nie mają poszanowania dla nas, risk managerów.

Risk clockspeed – ryzyko przyspiesza …

„Częstotliwość taktowania ryzyka”, „prędkość ryzyka” – kolejny termin, który tłumaczony na język polski brzmi fatalnie. Niemniej termin ważny, bo nazywa po imieniu obawy jakie instynktownie czuje wiele firm wdrażających ERM – czy wobec nowych, coraz mniej przewidywalnych a bardziej gwałtownych ryzyk, nasz system zarządzania ryzykiem nie stanie się beznadziejnie wolną maszyna biurokratyczną, spowalniającą nasz czas reakcji, zmniejszającą naszą elastyczność na rynku i konkurencyjność ?

Termin pierwszy raz padł z ust Keitha Smitha w zeszłym roku i dzięki temu, że trafił w dziesiątkę na gorącej tarczy risk managementu – zrobił błyskawiczna karierę. Keith dał terminowi solidną podbudowę teoretyczną z pogranicza biznesu i psychologii (nawiasem – wspominał o niej również Nassim Taleb w swojej książce), mówiąc o kognitywnym i heurystycznym sposobie podejmowania decyzji. Myśl została podjęta przez Richarda Andersona (IRM Deputy Chairman and European GRC Regional Practice Leader) a dzisiaj ten termin zapożyczył szacowny Institute of Risk Management i wykorzystał w swoich dobrych praktykach, pisząc na temat roli środowiska kontroli w kształtowaniu apetytu na ryzyko (o czym będę meldował wkrótce).

W czym rzecz ?

Otóż klasycznie pojmowane systemy, mechanizmy kontroli i procesy zarządzania ryzykiem dobrze nadają się do zarządzania klasycznymi ryzykami – low clockspeed risks (po polsku najsensowniej: ryzyka o małej/wolnej zmienności). Natomiast tzw fast clockspeed risks (ryzyka o wysokiej „częstoliwości” – tj zmieniające się szybko) wymagają reakcji szybszej, niż ta, na jaką pozwala naturalna prędkość z jaką przepływają informacje i decyzje w systemie zarządzania ryzykiem (czy systemie zarządczym firmy wogóle). 

fast clockspeed risk

Niezwykle ważna staje się tym samym prostota i niezawodność systemu zarządzania ryzykiem (o czy pisałem kilka postów wcześniej). Mogą to być również nowo pojawiające się ryzyka, które realizują się wkrótce po ich ujawnieniu (short time from identification to impact). Dobrym przykładem takich ryzyk był islandzki wulkan lub problem z opcjami.

„Szybkie ryzyka” muszą w znacznie większym stopniu być zarządzane mechanizmami kulturowymi organizacji i przy wykorzystaniu wyuczonego instynktu menedżerskiego, niż wymuszonymi, formalnymi procesami. Z definicji niewiele informacji będzie dostępnych na temat takich ryzyk, a możliwość ich wstępnej analizy będzie bardzo ograniczona. Przygotowanie się do fast clockspeed risks polega na poznaniu wyuczonego sposobu reagowania menedżerów (heurystyki decydowania), kultury zarządczej i dokonaniu jej zmiany lub wzmocnieniu za pomocą treningów, tak aby przygotować management do szybkiej, instynktownej odpowiedzi na takie ryzyka. 

Richard Anderson te dwa podejścia porównał graficznie:

R. Anderson - fast / slow clockspeed risk

(07.04.2012)

Z opóźnieniem, ale jednak – podaję link, pod którym można poczytać jak sam Keith Smith, autor pojęcia Fast Clockspeed Risk, pisze o tym zjawisku.

Dlaczego COSO ERM Framework jest passé

Prawie rok temu, relacjonując dyskusję z Kevinem Knight nt nowo publikowanego ISO 31000, pisałem (co prawda nie wprost) równiez o słabych stronach COSO II. 

Ostatnio trafiłem na inny głos – poza głosem Kevina – na temat wybitnych słabości COSO II.

Wywód Normana Marksa jest tak zrozumiały i przyjazny, że nie tłumaczę go – proszę przeczytać w oryginale.

Wasz w ryzyku,

R.

 

Jak głęboko rada nadzorcza może pchać nos w kaszę zarządu ?

Między innymi takie pytanie postawiła sobie firma Korn/Ferry prowadząc „konsultowaną ankietę” wśród członków zarządu i rad nadzorczych największych europejskich firm.

Polsce jest to ciągle pytanie na wyrost, bo tutaj zarządy zaledwie zaczynają się uczyć risk managementu a rady nadzorcze są w tej kwestii co najwyżej w wieku niemowlęcym. Jednak pierwsze zapowiedzi takich wątpliwości mamy już dzisiaj, podczas ostrych niekiedy dyskusji na ile aktywna i sprawcza powinna być rola audytu wewnetrznego w obszarze zarządzania ryzykiem.

Ankieta Korn/Ferry została przeprowadzona podczas wywiadów – kontaktu z żywymi respondentami, dlatego byc może sięga głębiej, bliżej źródła problemu. A co najważniejsze, pozwala na wyciągnięcie kilku zasadniczych wniosków (lekcji):

  • rola rady w zarządzaniu ryzykiem
    – czy ma polegać na zapoznaniu sie z decyzjami czy na aktywnym uczestniczeniu w ich wypracowaniu (risk-engaged boards) ?
    – koncepcja rady nadzorczej jako źródła inspiracji, konsultanta, dodającego odwagi a nie policjanta stojącego ze wzniesioną pałką
    – zagrożenie mikrozarządzaniem – rady nadzorcze duplikujące część decyzji czy kompetencji zarządu
     
  • komitet ds ryzyka – brak consensusu
    – komitet ryzyka jest niezbędny w dużych instytucjach, może stanowić pomost pomiędzy radą nadzorczą (board of directors) i zarządem (executive board)
    – komitet ds ryzyka nie prawa bytu: odpowiedzialna rada nadzorcza nie może delegować w dół spraw ryzyka, bo są one zbyt ważne dla akcjonariuszy
     
  • jakośc raportowania nt ryzyka
    – kiepskie raporty ograniczają praktyczne możliwości rady włączenia się w konsultowanie spraw ryzyk w firmie; rada nie może wnieść wartości w proces decydowania o ryzyku, bo nie ma właściwych danych
    – dane są zbytnio zagregowane i uogólnione oraz wstępnie zinterpretowane, a także przychodzą zbyt późno w cyklu decyzyjnym
    – dane nie wyprzedzają bieżącej (lub historycznej) sytuacji – brakuje tzw lead indicators („wyprzedzających” Key Performance Indicators)
     
  • rola rady nadzorczej w kształtowaniu kultury firmy
    – firma nie poprawi się po dodaniu kolejnych środków kontroli, powinno się zwracać uwagę na wartości
    – rada powinna pojawiać się na korytarzach i węszyć atmosferę w firmie
    – są obiektywne wskaźniki pozwalające mierzyć jakość kultury firmy: rotacja personelu, ilość kandydatów na miejsce, ilość wypadków
    – rola „digital listening”: co o firmie pisze się na blogach, twitterze, forach, chat roomach
    – budiowanie właściwej kultury powinno zacząć się od zapewnienia właściwego składu rady nadzorczej, następnie właściwego składu zarządu
     
  • skład i odmładzanie rady nadzorczej
    – rada nadzorcza, jak każdy zespół, ma swoją żywotność
    – wymiana członków rady ponownie ładuje baterie wyobraźni biznesowej
    – najbardziej pożądane cechy członka rady nadzorczej: doświadczenie w sprawach ryzyka, kompetencje psa węszącego, instynkt biznesowy i strategiczna perspektywa.

Raport jest do wzięcia tutaj:

Wasz w ryzyku,

R.

Edukacja risk managerów

Strategic Risk opublikował ściągę z brytyjskimi ośrodkami edukacyjnymi silnymi w zarządzaniu ryzykiem, które prowadzą miedzy innymi fakultety zdalne (on-line). W czołówce – nie od dzisiaj – są:

A w Kraju niebawem rusza czwarta edycja Certyfikowanego Kursu Zarządzania Ryzykiem organizowanego przez Polrisk.
„Kurs jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych menedżerów ryzyka, którzy pragną poszerzyć swoje kompetencje. Dedykowany jest również dla kadry kierowniczej i specjalistów z organizacji ubezpieczeniowych i brokerskich oraz z działów audytu wewnętrznego, finansów i controllingu przedsiębiorstw. Podstawą programu Kursu jest przede wszystkim Enterprise Risk Management zaprezentowany na kilku płaszczyznach, wzbogacony o aspekty interpersonalne, ubezpieczeniowe oraz silny moduł Business Continuity Management. Kurs zapewni uczestnikom możliwość wymiany doświadczeń z praktykami oraz wskaże różnorodność rozwiązań stosowanych w zarządzaniu ryzykiem gospodarczym.”

Konferencja Polrisk 2011 – refleksje

Porównując ją do naszych pierwszych konferencji nastąpił olbrzymi wzrost – zarówno uczestników (o dobre 100%) jak i długości (zamiast półtorej dnia – dwa pełne dni konferencji plus dzień warsztatowy z keynote speakerem i dzień branżowy). Niestety, nastąpił również wzrost ceny – osobno za konferencję, warsztaty i dzień branżowy. Rozumiem, że tak robi FERMA, ale w końcu wyjazdy delegatów na Forume FERMA są sponsorowane przez pracodawców i odbywają sie raz na dwa lata. Może warto przemysleć model brytyjskiego AIRMIC, który każe płacić członkom raz, składkę członkowską, w której jest również pokrty ich udział w konferencji. Po pierwsze wychodzi taniej, po drugie motywuje do uczestnictwa w konferencji.

Czego było mniej ? Nie było uroczystych kolacji, jakie stanowiły częć programów podczas naszych pierwszych konferencji, a szkoda bo konferencja traci sporo swojego blasku i klasy. Na pewno pojawiłby się argument „jeszcze dobrze nie wyszliśmy z kryzysu, sponsorzy mają węża w kieszeni” – ale warto było zaprosić chociaż samych członków plus co bardziej znamienitych speakerów do pubu na piwo – Polrisk by nie zbiedniał, a my członkowie mielibyśmy więcej czasu na networking.

Ja osobiście odczuwałem też znacznie mniej zaangażowania samego zarządu Polrisk w wypracowanie programu oraz relacji ze speakerami i ich ściągnięcie do nas.

Kilka zdań, jakie wypowiedział James Lam:

  • holistyczne zarządzanie ryzykiem nie polega tylko na pokryciu wszystkich obszarów, ale również relacji i zależności pomiędzy nimi
  • nie należy próbować się wpasować w COSO II, ISO 31000 lub inny standard, a dostosować je do własnej firmy
  • miękka strona zarządzania ryzykiem (świadomość ryzyka, ludzie, umiejętności, uczciwość, motywacja, zaufanie, komunikacja) jest ważniejsza niż twarda strona zarządzania ryzykiem (system, polityka, procedury, miary, audyt, wskaźniki)
  • … i moje ulubione „People do not do what you tell hem to do – they do what you pay them for”, pokrywające się z moją własną mantrą: „należy mierzyć efekty w zarządzaniu ryzykiem i wiązać je z systemem motywacyjnym managementu”.

I na koniec nagrody:

  1. „bursztynowe usta” dla jednego z prowadzących, za wypowiedź: „zasoby ludzkie, czyli biologiczny wypełniacz procesu produkcyjnego”,
  2. „perłowe usta” dla jednego z moderatorów za sformułowanie: „podsumuję taką szyderczą kwintesencją …”

Wasz w ryzyku,

R

 

Lekcja Fukushimy

Jeszcze nie tak dawno temu dowodziłem, że bankowcy mogliby uczyć się zarządzania ryzykiem od ryb, gdy przychodzi nam połknąć kolejną gorzką lekcję.

Trzeba było skrajnego zjawiska, aby wystawić na ciężką próbę technologię, o której zwykło się mówić, że jest najlepsza. Ale okazuje się, że nawet inżynierowie tego technologicznie zorientowanego kraju popełniają błędy. Nam pozostaje się znów na nich uczyć.

Południowoafrykański miesięcznik Enterprise Risk pisze, czego nas – po krótkiej, wstępnej refleksji – nauczyła Fukushima.

Oprócz oceniania jakości samych środków kontroli należy ocenić zasoby, od których zależą. Niekiedy wydaje się, że tych środków zaradczych jest sporo i są zbudowane wielowarstwowo, ale jeśli zależą od jednego, wspólnego zasobu – sa mało warte. Tak stało się w Fukushimie, gdzie kilka awaryjnych systemów chłodzenia (teoretycznie niezależnych) zależało od jednego agregatu prądotwórczego – stanowiły zatem tylko jeden środek zaradczy.

Analizowanie ryzyk w kontekście business unitów, funkcji czy pojedynczych zasobów prowadzi do wycinkowego (silosowego) zarządzania ryzykami. Dopiero spojrzenie procesowe, pokazujące zależności krytycznych procesów od zdawałoby się nieistotnych zasobów czy podprocesów, pokazuje pełne spektrum zagrożeń. W elektrowni w Fukushimie zwrócono szczególna uwagę na zapobieżenie ryzyku stopienia się rdzenia reaktora, a nieproporcjonalnie mniejszą uwagę poświęcono ryzykom związanym ze zużytym paliwem, co teraz obraca się przeciwko Japończykom.

Na prowadzonych przez siebie warsztatach podkreślam ogromną rolę uzasadniania i rejestrowania sposobu oszacowania ryzyka oraz przyjmowanych założeń. Jest to podstawa do późniejszych rewizji i przeglądów wcześniejszej oceny ryzyka, która może okazać się nieaktualna między innymi z powodu starzejących się założeń i zmieniających sięokoliczności, w jakich może zaistnieć ryzyko. Jeśli nasza ocena ryzyka nie bedzie reagować na zmiany tzw kontekstu, będzie zwyczajnie niewiarygodna. Prawdopodobnie Japończycy nie dość często uaktualniali swoje założenia i modele budowlane elektrowni o najnowsze wyniki badań geologicznych (tektonicznych).

I ostatnie zagadnienie, które zaczynamy udczuwać w Europie – łańcuch dostaw. Błędem jest kończenie analizy ryzyka na murach swojego zamku. Potrzebne jest spojrzenie na cały łańcuch dostawców oraz firm którym outsourcujemy istotne dla firmy funkcje. Jak raportuje Commercial Risk Europe, pierwszy dreszcz przechodzi właśnie przez Europejski łańcuch dostaw. Może jednak być gorzej, bo wkrótce wyczerpią sie wszystkie bufory magazynowe rozciągnięte pomiędzy Japonią a Europą. A japońskie fabryki – nawet te niezniszczone – mają problem z energią elektryczną, dostawami surowców do produkcji, paliwami i logistyką. Przypomina się klasyczny już case Nokia vs Ericsson

Wasz w ryzyku

R.

 

Dlaczego nie wszystkim w Polsce udaje się z ERM – diagnoza choroby

Żeby nie poprzestać tylko na narzekaniu na efekt działań Wielkiej Czwórki konsultingu, postanowiłem zdiagnozować przyczyny niekorzystnego stanu rzeczy, jaki może zaistnieć po nieudanym wdrożeniu systemu zarzadzania ryzykiem korporacyjnym, opisanego w jednym z poprzednich wpisów.

Wielki konsulting, uporczywie trzyma się starego już COSO opartego na sztywnych mechanizmach kontroli. Ignoruje się jeden z zapisów, jaki pojawił się w nowej normie ISO 31000, uwzględniającej wnioski z błędów popełnionych przez ostatnie dziesięć lat. Otóż warunkiem powodzenia we wdrażaniu ERM jest zrozumienie i uszanowanie wewnętrznego kontekstu firmy:

  • istniejącej struktury organizacyjnej, ról i zakresów władzy na poszczególnych szczeblach
  • istniejących procesów i procedur postępowania managementu
  • rozłożenie ośrodków wiedzy i zasobów (tj ludzi, kapitału, czasu, technologii)
  • niepisanych relacji, percepcji i wartości dla interesariuszy
  • kultury organizacyjnej oraz zasad podejmowania decyzji i delegowania.

Zapomina się, iż system ERM (i jakikolwiek system zarządzania) istnieje dla klienta. W tym wypadku jest nim klient wewnętrzny: zarząd i management. Wartość dodaną przez system ERM należy postrzegać wyłącznie z perspektywy klienta wewnętrznego, a wartością dla managementu jest:

  • rozwiązanie problemu,
  • zakomunikowanie rozwiązania, oraz
  • dokonanie „fizycznej zmiany” (implementacja rozwiązania).

Po dokonaniu sekcji pacjenta, widzimy:

Błędy na etapie tworzenia systemu

1. proces i procedury mają zbyt wiele etapów i kroków

  • spisane procedury mają zbyt wiele poziomów, są zbyt szczegółowe i złożone
  • polityka, procedury, księgi, podręczniki są zbyt obszerne i nieprzystępne

2. proces (jego twórcy) z góry zakłada brak pracy zespołowej lub ogranicza jej zakres

  • zakłada naukę zarządzania ryzykiem z dokumentów, procedur
  • brak (lub za mało) „żywych” szkoleń i warsztatów

3. proces z założenia nie jest integrowany z istniejącymi procesami biznesowymi lub zarządczymi

4. proces jest nieprzemyślany, sztywny, oparty na zbędnych działaniach

  • „łańcuszki” akceptowania i decydowania
  • sztywne, regularne spotkania (nawet, jak nic nie wnoszą)
  • sztywne, planowe fazy i etapy (przez które trzeba przejść, bo są)
  • gromadzenie i kumulowanie zbędnych / nadmiarowych informacji

5. proces nie dość jasno i jednoznacznie określa role

  • pojawia się zbyt wiele funkcji i ról
  • niejasne zasady dotyczące decydowania, odpowiedzialności, „eskalowania” i komunikowania ryzyk

6. brak sensownej koncepcji wykorzystania danych

  • brak przepływu, porządkowania i interpretacji danych (historycznie zrealizowane ryzyka, incydenty, analizy trendu, rozwiązania)

Błędy na etapie identyfikacji ryzyk

1. brak pracy zespołowej

2. warsztaty, jeśli są, to nieefektywne

  • brak fachowego przewodnictwa / moderowania
  • szukanie w „nierelewantnych” obszarach (brak relacji do kontekstu wewn/zewn)
  • bez podsumowania / konkluzji oraz bez kontynuacji w działaniach

3. nieprawidłowa / niepełna analiza ryzyk

  • brak analizy root-cause,
  • w konsekwencji brak prawidłowej definicji ryzyka P->R->S
  • zbyt wiele skomplikowanych analiz (w proporcji do wielkości ryzyka)

Błędy na etapie analizy i szacowania ryzyk

1. nadużycie analityki

  • obciążanie uczestników procesu skomplikowaną analizą matematyczną, podczas gdy wystarczyłaby (prosta) analiza jakościowa

2. skale i miary źle skonstruowane

  • zbyt wiele kryteriów
  • zbyt szczegółowe kryteria
  • zbyt wiele poziomów na skali

3. niewykorzystanie wiedzy istniejącej w firmie

  • niedopasowanie analizowanych ryzyk do kompetencji zespołów (błędne szacowanie za pierwszym podejściem, konieczność powtórek)
  • analizowanie ryzyk jednoosobowo (np. przez przyszłych właścicieli ryzyk) z „oszczędności czasu”

4. brak ujednoliconych (wspólnych) zasad, metod i założeń do szacowania ryzyk w różnych pionach / departamentach

5. nie grupuje (agreguje) się ryzyk

  • ryzyka działające łącznie są niedoceniane na mapie ryzyk
  • ryzyka podobne nie są mitygowane łącznie (gorsze ROI działań zaradczych)

Błędy na etapie reagowania na ryzyko

1. zbyt nisko postawiony próg „akceptuj”

  • zbyt wiele nieistotnych ryzyk obciąża management

2. właścicielstwo ryzyk postawione zbyt wysoko

  • decydowanie / zarządzanie ryzykami nie następuje na najniższym możliwym poziomie (na którym są kompetencje, władza menedżerska i budżet / zasoby)
  • zbyt wiele czasu traci się na czekanie na weryfikację, akceptację czy opiniowanie przez pośredników pomiędzy de facto właścicielem a zarządem

3. brak selekcji środków zaradczych poprzez analizę kosztów / korzyści

  • brak takiej refleksji również w stosunku do istniejących środków kontroli

4. plany zaradcze nie są sprzężone z planami wykonawczymi w firmie

  • brak połączenia z istniejącymi / planowanymi projektami
  • nieuwzględnianie w budżetach projektu / departamentu / procesu

5. plany zaradcze nie są wykonywane i egzekwowane

  • nie mierzy się i nie kontroluje postępów we wdrożeniu planów ograniczania ryzyka
  • nie bada się skuteczności i efektywności ekonomicznej środków kontroli
  • motywowanie do ich poprawy staje się przez to niemożliwe
  • nie są elastycznie zmieniane w reakcji na zmianę otoczenia lub okoliczności

Błędy na etapie monitorowania i „zamykania” ryzyk

1. tworzenie „śmieciowych raportów”

  • powstają przepastne raporty pokazujące wszystkie informacje – głównie zbędne – we wszystkich możliwych wariantach
  • zapoznanie się z nimi zajmuje sporo czasu oraz powstaje sporo wątpliwości co do interpretacji i wniosków
  • ruch informacji i decyzji jest w ten sposób hamowany lub wręcz zatrzymywany

2. brak uporządkowanych informacji

  • informacje rozsypane po departamentach, komórkach
  • niespójny układ informacji, uniemożliwiający ich wspólne analizowanie
  • informacje przestarzałe i / lub niekompletne

3. niezdolność do akceptacji i decydowania o „zamykaniu” ryzyk

  • kiepsko zdefiniowane poziomy uprawnień do „zamykania” (akceptowania) ryzyk
  • niezdefiniowane kryteria uznawania środków zaradczych za wystarczające a ryzyko za opanowane (apetyt na ryzyko)
  • niedowiązanie do tej decyzji wniosków z analizy incydentów

 

Ta lista niepokojących objawów jest rzeczywiście bardzo długa, nic dziwnego, że niektórzy pacjenci na tę chorobę umierają. Ale nie byłby lekarzem ten, kto ograniczyłby się do wywróżenia rychłej śmieci pacjentowi, bez podjęcia próby leczenia.

Zasadniczo mam juz komplet lekarstw, niebawem wchodzą w fazę testów klinicznych, zatem czekajcie na świeżą krew i zaglądajcie tutaj …

To trzeba robić inaczej

W ciągu ostatnich miesięcy jestem obdarzany przez wiele dużych firm i risk managerów w nich działających ogromnym zaufaniem, za co jestem bardzo wdzięczny. Dzielą się ze mną swoimi – niestety smutnymi – refleksjami, na temat tego co zostało w Firmie po zaprojektowaniu i wdrożeniu systemu ERM przez którąś z szacownych firm konsultingowych, jakie zarząd zaprosił do przeprowadzenia „projektu ERM”. Dzięki temu zaufaniu jestem proszony o naprawianie wdrożeń, które nie ruszyły z miejsca lub takich, które ruszyły ale ugrzęzły po pierwszym przeglądzie ryzyk. Dzięki temu mam dość unikalną możliwość przyjrzenia się, co poszło niezgodnie z zamierzeniem, co było utopijnym założeniem i gdzie popełniono błędy.

Właśnie – czy to były błędy firmy konsultingowej ? Niekoniecznie. Błąd bardzo często jest popełniany już znacznie wcześniej, w momencie kiedy zarząd wpada w fałszywy tok myślenia: „zaprosimy konsultantów, zapłacimy im i oni nam zrobią w firmie ERM”. Nie znam firmy konsultingowej, która znajdzie dość siły aby postawić klientowi warunek: „jeśli zarząd nie zagwarantuje 30 godzin miesięcznie swojego osobistego udziału w projekcie – nie wchodzimy”.

Co dla mnie również bardzo wartościowe, inne przedsiębiorstwa proszą mnie o pełnienie roli „satelitarnego doradcy”, który niczym pszczoła krąży wkoło projektu wdrożeniowego prowadzonego przez duży konsulting i stara się ustrzec klienta przed błędami. Wtedy mogę obserwować, jak wielokrotnie przedsiębiorstwa idą na łatwiznę i oczekują „gotowców” przedstawionych przez konsulting („płacę więc chcę mieć”). Co najbardziej zadziwiające, to powtarzające się w różnych firmach deja vu – moje dobre rady, sugestie czy wręcz ostrzeżenia są często odsuwane na bok i po raz kolejny zostaje popełniony ten sam błąd.

Dopiero po miesiącach firmy widzą co się stało:

  • system ZR jest często wyjmowany „z walizki” – to znaczy obejmuje potrzeby wszystkich sektorów, warianty struktur, modele procesów, katalogi wymagań i dobrych praktyk, jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek pojawiły się w kontekście w zarządzaniu ryzykiem; najpóźniej po roku okazuje się, że 75% z tego to zbędny balast
  • tworzone są nowe lub znacznie rozbudowane struktury, tylko po to aby spełnić formalne wymagania jakiegoś „modelu” gdzieś podpatrzonego; struktury nic nie wnoszą w kategoriach jakości i szybkości procesu, a jedynie rozmywają granice kompetencji
  • wydłużane są i komplikowane kanały przepływu informacji i podejmowania decyzji, ośrodki kompetencji są nadmiernie hierarchizowane, informacje krążą niczym piłeczka od ping-ponga, decyzje zapadają po zebraniu łańcuszka podpisów
  • tworzone dokumenty (polityka ZR, procedury, podręczniki itp) są ogromne, przepastne, bardzo skomplikowane, nabite „pustą” informacją, nieprzystępne; firmy próbują zastąpić nimi żywą komunikację, teamwork, warsztaty, szkolenia i dyskutowanie
  • zbyt dużo uwagi jest skupione na czynności analizowania ryzyk i na problemach – a nie na rozwiązaniach i działaniu; w konsekwencji starcza energii na tylko jednorazowe wykonanie oceny i przeglądu ryzyk i brakuje kontynuacji (planów zaradczych i ich wdrażania); przegląd ryzyk nigdy nie powtarza się po raz drugi (pętla procesu ZR nie zamyka się)
  • proces ZR powstaje „obok” procesów biznesowych i zarządczych w firmie, a nie jako ich część, ponadto jest zbyt skomplikowany; w efekcie zarząd go „nie kupuje” i ZR umiera.

Nie daje mi to spokoju – wiem, że należy to robić inaczej. I nie ja pierwszy na to wpadłem, ktoś kiedyś już te błędy popełnił, ktoś już zaczął mysleć o „wysmukłym zarządzaniu ryzykiem”.
Wystarczy przyjrzeć się terminowi Lean Risk Management.

Zaczynam myśleć nad alternatywą dla monstrualnych piramid zintegrowanego systemu zarządzania ryzykami korporacyjnymi – dla spółek które chcą być efektywne, szybkie i wydajne a niekoniecznie muszą spełniać wszystkie wymogi compliance od Ameryki po Australię.

Małe może być piękne i szybkie. I niebawem to „małe” ujrzy światło dzienne. Wracajcie tu po swieżą krew.

Zapowiadana świeża krew pojawia się w kolejnym wpisie z cyklu.